Świat odwraca głowę od masakry w Sudanie. Wojskowa junta otworzyła ogień do demonstrantów

Dziesiątki zwłok wyłowione z Nilu, setki śmiertelnych ofiar, cierpienie, krew i łzy bliskich oraz osieroconych dzieci - to brzmi jak scenariusz filmu wojennego. Niestety, nie tym razem. Sudańczycy ponoszą skutki brutalnego ataku reżimu na obozowisko demonstrantów w Chartumie. Przeciwni władzy ludzie giną, a światowe media zamiatają sprawę pod dywan.

Na razie nie jesteśmy w stanie podać dokładnej liczby osób, które straciły życie w wyniku starć.

Atak miał miejsce w poniedziałek, kiedy żołnierze i członkowie milicji dżandżawidów weszli do obozu demonstrantów nieopodal koszar wojskowych w stolicy Sudanu. Bez opamiętania strzelali oni do protestujących, palili namioty oraz cały dobytek opozycjonistów.

Władze sudańskie najpierw utrzymywały wersję, jakoby śmierć w starciach poniosły 2 osoby, potem liczba ta wzrosła do 13. Prawda wyszła na jaw, dopiero kiedy z odmętów Nillu zaczęły wypływać ciała ofiar. Z wody wyłowiono około 40 zwłok, jednak liczba odnalezionych trupów nadal rośnie. Na obecną chwilę sudańskie ministerstwo zdrowia wyliczyło, iż liczba zabitych w ataku to 61 osób. Opozycja twierdzi natomiast, iż śmierć w trakcie tego incydentu poniosła ponad setka obozowiczów.

Odpowiedzialni za masakrę są przedstawiciele reżimu wojskowego, który nastał w Sudanie po obaleniu autorytarnych rządów prezydenta Baszira. Mimo iż rewolucjoniści trzymają kraj w ryzach dopiero od kilku miesięcy, zdążyli zaprowadzić w Sudanie terror godny poprzednich władz. Niepokojącym dla obywateli tego państwa jest również fakt, iż obecni w szeregach władz dżandżawidzi, mają wśród mieszkańców opinię ludobójców, a ich okrucieństwa na stałe pozostaną w pamięci Sudańczyków.

(źródło)

Czytaj więcej

Dodaj komentarz

4+5 =